św. Stanisław


Cytat „Żywoty świętych starego i nowego zakonu podług X. Piotra Skargi wydane przez K. W. Józefowicza” – Warszawa u XX. Misjonarzów 1857r. (s.592-597)- Polska Biblioteka Internetowa

Żywot Ś. Stanisława, biskupa krakowskiego, pisany od Jana Długosza i w Kanonizacii jego.
Żył w XI Wieku po Chr. Umęczony R. P. 1078.

Pierwszy z Polaków, wielki i daleko sławny męczeńnik Chrystusów a patron i obrońca twój, zacny Polski narodzie, do czytania cię tego żywota, który ma w sobie wielki nad inne pożytek, wzywa. Bliski a domowy przykład krwi twojej prędzej cię poruszy ku naśladowaniu cnot pobożności starożytnej, i kara za bezbożność rychlej cię przestraszy. Bo jako na własnej przyrodzonej ziemi posadzony szczep prędzej się krzewi, bujniej rosnie i plenny owoc daje; tak żywot ten wielkiego Stanisława, tobie, któryś jest własną krwią jego, prędsze i doskonalsze pożytki owoców zbawiennych przynieść może. W czem błogosław Boże i pracy naszej.

Rodzice Stanisława, Wielisław Szczepanowski i Bogna, szlachetni byli z rodzaju, ale z cnoty i bojaźni Bożej, w czem jest prawdziwe szlachectwo, szlachetniejsi. O to się najbardziej starali, co jest wszystkich cnot podstawą: aby w służbie Boga żywego, od którego wszystko jest co mamy i czego się spodziewamy, coraz gorliwszemi i pilniejszemi byli. Mając od Pana Boga dostatek w majętności, i z niej też Bogu służyć pragnąc, ufundowali we wsi swej, Szczepanowie, o dwie mile od Bochni, powiatu Krakowskiego, kościół imienia Ś. Magdaleny, której pokutę i miłość ku Panu Zbawicielowi naszemu osobliwie naśladować chcieli; na utrzymanie zaś służby Bożej w kościele, z każdej rzeczy, którą z rodzaju ziemi i bydła od Pana Boga mieli, dziesięcinę wieczną ofiarowali.

Będąc długo bezdzietni, obiecali Panu Bogu, jeśliby raczył dać im potomka, obrócić go na służbę Jego; bo w tem całą pociechę swą zakładali, żeby ze krwi swej jeszcze Bogu chwałę pomnożyli. Jakoż, po trzydziestu prawie latach niepłodności, powiła Bogna syna, i dali mu na chrzcie imię Stanisław, chcąc przez to wyrazić, że pragną, aby się z niego stała sława Bogu i Kościołowi Jego.

Z młodości znać było w nim sprawę Ducha Bożego, i przyszłą żywota jego świętobliwość. Skromny, wstydliwy, statecznych nad dziecinny zwyczaj obyczajów, ochotnym do nabożeństwa i do nauk pokazywał się. Iścił sam Pan Bóg to w nim, czego rodzice pragnęli; bo bez ich upominania młody Stanisław brał się do stanu duchownego, z czego oni wielce się radowali. Podrosłego, najprzód do Gniezna, gdzie się naówczas nauka, potem do Paryża, gdzie się sam dla wydoskonalenia się prosił, posłali. Tam, jako był dowcipu ostrego a pamięci wielkiej, przy świętych obyczajach, uczciwem zachowaniu się, czystości anielskiej i pilnych do Pana Boga modlitwach, nauk sobie skarb dobry, zwłaszcza w prawie kościelnem, zebrał. Patrząc na ludzi zakonnych w Paryżu, doskonałych we wszystkich cnotach, zamyślał ciasny żywot sobie między nimi obrać a w ubóstwie ubogiego Chrystusa naśladować; ale wypełnić tych myśli świętych nie dopuściło mu Boskie przejrzenie, które go na co innego ku chwale Swej chowało. Wróciwszy się do Polski, postępkami swemi pokornemi i świętemi, z wielką nauką złączonemi, oczy ludzkie na siebie obrócił.

Biskup Krakowski, Lambert, czyli Zula, który po Aaronie Arcybiskupie Krakowskim dostojeństwa Arcybiskupiego z pokory zaniechał, poznawszy Stanisława, miłować go i do stanu kapłańskiego namawiać począł. Jeszcze zamiar ów poświęcenia się na zakonny i ostry żywot w sercu Stanisława tkwił: przeto długo się namowom Biskupa opierał. Wszelako nakoniec pozwolił, i jego ręką po stopniach poświęcony, aż na kapłaństwo wstąpił. Na tem wysokiem przed Bogiem dostojeństwie był wzorem zachowania się i uczciwości kapłańskiej; a począwszy od siebie i strażą duchowną pilnie się opatrzywszy, bliźnim też nauką i kazaniem służył. Będąc uczonym i wymównym, częste i żarliwe kazania miewał w kościele Krakowskim i po całem Biskupstwie, zagrzewając ludzi do miłości Bożej. Co widząc Biskup Zola, bardzo tego pragnął, aby Stanisław po nim na biskupstwo wstąpił; a że sam był już starym, zlecił jemu dozór kościołów i wszystkie sprawy i rządy duchowne. Po śmierci zaś Zuli, całe duchowieństwo jednomyślnie wybrało go na Biskupa. Powszechne było o nim rozumienie, że mu nikt w żywocie kapłańskim, w cnotach stanowi temu właściwych i w nauce, równym być nie mógł; on tylko sam przez pokorę obawiał się przyjąć ten urząd i, wymawiając się swoją nieudolnością, długo się wzbraniał i wypraszał; ale nakoniec prośbami całego duchowieństwa zniewolony, z wielką trwogą, w modlitwach i postach, na Biskupstwo, mając trzydzieści i sześć lat, wstąpił, potwierdzony przez Papieża, Alexandra wtórego.

Stan yen tak wysoki, który innych, mniej ostrożnych, do podniesienia się w pychę, abo do odmiany jakiejkolwiek na gorsze przywodzi, świętemu Stanisławowi pobudką do wyższych jeszcze cnót stał się; bo wiedząc, iż przykład więcej niżeli słowa na ludziach może, dla zbudowania swej trzody, przyczynił sobie ostrości żywota, postów, umartwień, modlitw, a marności świata tego i czci jego próżnej tym więcej odbiegał. Pałał też miłością wielką ku duszom ludzkim, które jako wdzięczną ofiarę z pracy swej oddwać Bogu był winien. Miłosierdzie i politowanie nad nędzą bliźniego z ojcowskiem uczuciem wykonywał, i patrzeć na nię suchem okiem, z próżną ręką, póki mu dochodów i majętności kościelnych stawało, nie mógł. Dom jego mógł się zwać domem ubogich i potrzebujących, którym osobiście nawet często posługiwał i nogi ich umywał. Wiara mocna, pokora uprzejma, czystość anielska, łaskawość wdzięczna, sprawiedliwość nieodmienna, męstwo za prawdę nieustraszone, karność baczna, wzgarda świata tego niewymówna, napełniały jego serce i jako wieniec z drogich klejnotów na czele jego świeciły.

Sam nawiedzał parafije, a jeżdżąc po wsiach, służby Bożej i pożytku dusz ludzkich doglądał, na archidyakona się nie zpuszczając. Najwięcej oko zwracał na kapłanów, aby oni przykładne życie wiedli, a zgorszenia żadnego nie dawali; ażeby w czystem i pobożnem życiu ofiary straszliwe, wszystkiej czci i anielskiej czystości godne, przystojnie, ku pożytkowi dusz ludzkich zprawowali. Co mu czasu kiedy od prac kościelnych zbywać mogło, bardzo się próżnowania strzegąc, na modlitwach i czytaniu pisma Ś. Trawił. Zpisane miał wdowy, ile ich w jego biskupstwie było, o których potrzebach i o sieroctwie dziatek ich, radził ile mógł; i nic mu milszego nie było, jako wdowy, sieroty, ukrzywdzonych ludzi i w jakiem nieszczęściu zostających zastawiać się, bronić ich i wspomagać. Niczego się bardziej nie strzegł jak tego, aby dochodów koscielnych krewni jego nie chwytali, albo czeladź zbytnia i szkapy chleba ubogich nie zjadły: za świętokradztwo to bowiem poczytywał.

Krzywd własnych natychmiast zapominał, i z serca je bliźniemu odpuszczał. Raz, proszonym był od Jana Brzeźnickiego, żeby mu kościół w Brzeźnicy poświęcić. Przybył do niego; ale człowiek ów, takiego gościa, nie tylko że nie uczcił; lecz, rozgniewany o coś, Biskupa z domu wygnał, i sługi jego poranił. Całą noc Ś. Stanisław na łące jakiejś przebyć musiał, i prosił Pana Boga za owego burdę. Aż nazajutrz on, postrzegłszy się, przybieżał do nóg Biskupa, i prosił o odpuszczenie, a Ś. Stanisław, nie tylko odpuścić, ale z rozkazania Bożego i dobrze czynić był gotów: jakoż wrócił się do wsi, i kościół jemu poświęcił.

Gdy takiemi wysokiemi i osobliwemi cnotami Chrześcijańskiej i kapłańskiej doskonałości przed Bogiem i ludźmi, nie tylko swoimi, ale i postronnymi świecił, a jako jasna pochodnia na świeczniku, wielu ludzi do zbawiennej drogi przykładem i nauką przywodził, i hojny zysk Niebu w duszach, a piekłu wielką stratę czynił, przyszły nań wielkie trudności i straszliwa niezgoda z królem Bolesławem Śmiałym. Był ten Bolesław prawnukiem Bolesława Chrobrego, który państwu Polskiemu koronę zjednał, i dzielnością swoją liczne kraje do niej przyłączył, imię swe bardzo wsławił. Pragnąc takiejże sławy Bolesław Śmiały, chwytał zręczności do wojny, a męstwem swem i znamienitemi zwycięztwami, rzeczywiście zasłynął; ale cnoty i wielkości duszy pradziada swego nie miał. Wychowany bogobojnie, z początku zaczął był dawać po sobie dobre królewskich cnot nadzieje, i o chwałę Bożą okazywał się troskiliwym; ufundował nawet i nadał w Gnieźnieńskiej dyecezii klasztor w Mogilnie; ale wkrótce powodzenie oręża rozwiło w nim wrodzoną pychę, a za nią wielkich wad mnóstwo wybujało: wylał się na rozkosze cielesne i, co za niemi zwyczajnie idzie, stał się okrutnym i srogim, drapieżnym i marnotrawnym.

Widząc Ś. Stanisław, że rozwiązłość pańska wielkiem była dla ludu zgorszeniem, a iż Arcybiskup Gnieźnieński, którego przed innymi powinnością było króla przestrzedz i upomnieć, milczał, – szedł sam na zamek, i łagodnemi słowy starał się do serca Bolesława trafić. Król mu za upominanie podziękował, wiedząc jakiego żywota był czlowiek i jaki sługa Boży: wstydził się go bowiem; ale na sercu takimże jako pierwej został. Skoro wyszedł Ś. Stanisław, król ze swemi pochlebcami natrząsał się z niego i dalej w grzechy jawniejsze postąpił. Bo, dowiedziawszy się o urodzie Krystyny niejakiej, Mścisława z Bużenina żony, a że cnotliwą była, nie mogąc jej żadnemi względami do swej woli nakłonić, naslał na ich dom żolnierzów, siłą ją wziął, i przemocą z nią mieszkał.

Szemranie powszechne obróciło się na Biskupów, że króla od takich zgorszeń nie powściągali. Radzili się tedy Biskupi co począć: bo znali gwałtowny umysł Bolesława, i obawiali się użyć nań swej władzy, aby co gorszego dla Kościoła nie wyniknęło. Uradzili tedy, żeby Ś. Stanisław, który mądrość, odwagę i wymowę posiadał, szedł do króla, i przedłożywszy mu zgubne z jego postępków następstwa, starał się go do upamiętania i poprawy nakłonić. On się z tego nie wymówił, i modląc się a ofiary za krola czyniąc, i innych aby toż czynili prosząc, upatrywał pogodnej chwili. Nakoniec jechał do króla, który był natenczas we Wrocławiu na Szląsku, i stanąwszy przed nim w obecności dworzan, jawnie już go upominał jako niegdyś Jan Chrzciciel Heroda, mówiąc: Królu! Nie godzi się tobie mieć żony brata twego. I długoż w tej zatwardziałości trwać będziesz? Czemu na Boga, na duszę twoją, na bliźniego, na majestat królestwa twego, na zakon przyrodzony i Boski nie pamiętasz, a pomsty się Bożej, która na ciebie, na potomstwo i królestwo twoje przyjść może, nie boisz? I innemi gorliwemi słowy upominał go i nakłaniał.

Ale król, obrażając się, zfukał go gniewliwemi słowy, kazał mu precz odejść, i nieprzestając na tem, przemyślał, jakoby go jeszcze bardziej zelżyć i ukrzywdzić. Wymyślił tedy taką okoliczność. Kupił był Ś. Stanisław, nie dla siebie ani dla powinowatych swoich, ale dla Kościoła i na potrzeby sług Pańskich, wieś Piotrowin, nad Wisłą, w Lubelskiem leżącą, u Piotra, tejże wsi dziecica; który, odebrawszy za nię zapłatę, prędko potem umarł. Król namówił synowców zmarłego, Jakuba i Sulisława, aby się tej przedanej wsi upominali. Pozwany był Ś. Stanisław przez króla samego, który u Solca sądy wielkie odprawował. I gdy się na świadków zsyłał Biskup, ci, pogróżką królewską zastraszeni, świadczyć prawdy nie chcieli. Co miał czynić Ś. Biskup, gdzie nie tylko szło o kościelną szkodę ale i o sławę jego, aby mu fałsz i niesprawiedliwość a łakome przywlaszczenieze zgorszeniem bliźnich przyczytane nie było? Uciekł się do Pana Boga, i natchniony Duchem Jego, ważył się rzeczy niesłychanej, ale u Pana Boga podobnej. Na owych tedy wielkich sądach rzekł głośno: Ponieważ u ludzi żywych prawda i bojaźń Boża ginie, ucieknę się do umarłych: za pomocą Boga prawdy obiecuję tu po trzech dniach stawić Piotra od trzech lat umarłego, od któregom tę wieś kupił, aby on to sam co mówię zeznał; a jeżeli tego nie uczynię, niech w rzeczy mej upadam.

Król i wszyscy obecni na tę zapowiedź zaczęli śmiać się, i szaleństwo Biskupowi przyczytywać. Ale święty Stanisław przez owe trzy dni z duchowieństwem swojem postami się i modlitwami gotując, dnia trzeciego szedł z processiją i w ubiorze biskupim do wsi Piotrowina, blisko Solca leżącej, i przyszedł do grobu Piotrowego, który, jak wszyscy sąsiedzi wiedzieli, był w kościółku Ś. Tomasza. Tam długo się modląc, kazał otworzyć grób. Znaleziono w nim ciało już prawie zpróchniałe. Wtedy Biskup święty zawołał do Pana Boga: Boże Wszechmogący! U Ciebie jest wszystko podobnem. Ty, który Prawdą będąc, w parwdzie się kochasz, a fałsz wszelki i nieprawdość potępiasz, wzbudź mnie i Kościołowi Twemu świadka, a osądź sąd mój, który ja Tobie Samemu poleciłem. I rzekł do umarłego: Pietrze, w Imię Trójcy Świętej, Ojca, Syna, i Ducha świętego, rozkazujęć: Wstań, a pójdź do sądu i wyświadcz prawdę moją. I wnet się zatem porwał Piotr z ciałem zupełnym, w oczach całego zgromadzonego ludu. Prowadził go tedy Biskup na sąd królewski, i rzekł: Oto masz królu samego iśćca, któremu ja tę wieś zapłaciłem; jemu wierz, a obacz, iż nie jest obłudny, ale prawy człowiek, mocą Bożą z grobu wskrzeszony.

Długo król, dwór jego i lud wszystek zdumiały milczał, patrząc na te cudowne rzeczy. Piotr sam przemówił: Jam królu na prośbę tego Biskupa wzbudzony jestem, i z czyśćca tu posłany, abym się zań ujął i wyświadczył. Ja mu wieś moją własną, do której żaden mój powinny prawa nie miał, przedałem i zupełną zapłatę wziąłem. Obróciwaszy się potem do synowców swoich, gromił ich słowami i do pokuty nakłaniał: że niesłusznie mężowi świętemu przykrzyli się. Gdy się zatem szemranie wielkie wszystkich wzruszyło, król, inaczej czynić nie mogąc, Biskupowi i kościołowi Krakowskiemu pomienioną wieś przysądził. Wielu chciało pytać wskrzeszonego o rzeczy tamtego świata; ale on, nic bez dozwolenia świętego Stanisława nie odpowiadając, tem ich zbywał, że mu nie wolno powiedzieć. Pyatł go sam święty Stanisław: czy nie życzyłby sobie jakiś czas tu na świecie dla pokuty przebywać? Ale on odpowiedział: Wolę jeszcze w czyśćcu mało co wycierpieć, aniżeli tu w niebeśpieczeństwo grzechu na nowo się wdawać. Mam nadzieję w ofiarach i modlitwach twoich Ojcze, iż rychło od męki owej wolnym zostanę. Obiecał mu Ś. Stanisław modlitwy, i znowu go z processiją i licznym ludem do grobu odprowadził, w którym, skoro legł, ducha wypuścił i znowu pogrzebiony został.

O dziwny a niesłychany i tak jawny cud, którym wsławić chciał moc Swoją Pan Bóg, na okazanie czystej duszy i anielskiego żywota, tego świętego rodaka naszego. Cud ten nie tylko w Polsce, ale się po wszystkiem Chrześcijaństwie rozgłosił, i Sobór Bazylejski stawił go przeciw Hussowi, który twierdził, że kościołom nie godzi się posiadać dóbr. Cudem tym, nie tylko wstawił się SW. Stanisław, ale też do pokuty i wiary przywiedzeni zostali Polacy, którzy przedtem w Kijowie przez 7 lat rozpustnie żyjąc, w wierze byli osłabli. Przeto nie trzeba przypuszczać obmów hetyckich, którzy tak dawnej sprawie Bożej, tem chcą uwłóczyć, że się to stało dla rzeczy doczesnej. Tajemnice Boskie są niezgłębialne: co na pozór nam wydaje się dla błahej przyczyny, to może mieć pozytek duchowny i wielki, jako i ten cud dowodzi: gdyż przezeń i wiara nasza w Chrystusa Pana, i przeświadczenie o czyśćcu, i o świętości sług Bożych, nowy dowód przodkowie nasi wzięli; a zatem i obycaje swe, pomimo złego przykłady króla, poprawiali.

Ucichł był nieco gniew królewski przeciw Ś. Stanisławowi; ale niezadługo z takiej się przyczyny wznowił. Wyprawił się król powtóre przeciw xiążętom Ruskim i, otrzymawszy nad nimi zwycięstwo, wziął Kijów. Tam przemieszkiwając, wdał się znowu w rozpustę i wszelkie zbytki. Za króla przykładem i pobłażaniem, rozpuściło się na wszelkie nieprawości i rycerstwo jego; o czem gdy się żony ich dowiedziały, niektóre od powinności małżeńskiej odstępowały. Mężowie znowu, gdy o tem zasłyszeli, obruszeni, zaczęli chorągwie opuszczać i do domu zmykać. Pomału król ujrzał się prawie opuszczonym; musiał więc z niesławą i sam ze zdobytego miasta wynosić się a do Polski prawie uciekać. Powróciwszy zatem rozgniewany srodze, zaczął okrutnemi karami ściagć tych, jak nazywał, zbiegów, a jeszcze z większem okrucieństwem nad żonami ich pastwił się. Sam zaś tymczasem, nie tylko się w dawnych swoich bezwstydach nie poprawiał, ale na ohydne sprosności i sromotę jawnie wylewał się, a nieznośnemi ciężarami wszystkie stany uciskał.

Upomniał go święty Sanisław raz i drugi, ale już nic, jedno złe slowa i pogróżki na śmierć, nie odnosił. Nakoniec widząc, że zgorszenie, od króla pochodzące, nader złemi skutkami zagroziło, a że uciemiężeniu ludu, przez rozpustę i okrucieństwo królewskie innego hamulca nie było, jako dobry pasterz, ważąc życie swe za owce swoje, mocą kościelną wyłączył króla od społeczeństwa wiernych, i do kościoła go puszczać zakazał: spodziewając się, że to go może jeszcze do poprawy i pokuty zniewoli. Ale król niewzruszony, gdy się o tem dowiedział, wpadł w gniew tak wściekły, że natychmiast, porwawszy żolnierzów, biegł z nimi na Skałkę, gdzie w tej chwili święty Stanisław u świętego Michała mszę świętą odprawiał. Otoczywszy kościółek, król kazał żolnierzom wywlec Biskupa, aby go zabić; lecz żołnierze, widząc Biskupa w kościelnych szatach u ołtarza, tak drżeć, padać, i ślepymi stawać się poczęli, że ze strachem ledwo z kościoła uciekli. A święty Biskup, słysząc ten rozruch, i wiedząc o swem niebeśpieczeństwie, bynajmniej się od ołtarza nie odwracał, lecz Chrystusowi się polecając, za swych nieprzyjaciół i za króla zapamiątałego Pana Boga prosił. Tymczasem król fukał na wybiegających z kościoła żołnierzów, i tymbardziej rozdąsany, innych z tymże rozkazem posłał; ale i z tymi toż się stało. Więc tyran w zapalczywości, wołając ich za sobą, sam do kościoła wskoczył, i, nie bacząc na ołtarz Pański, ani na swiętą ofiarę, wbiegłszy prosto ku ołtarzowi, mieczem w głowę Biskupa ciął. Porwali zatem upadającego żołnierze, i wywlokłszy z kościoła rozsiekali.

Ciała jego, tak rosiekanego, czterej wielcy orłowie trzy dni strzegli, i jasność na powietrzu nad świętemi członkami ustawna świeciła; czem wzruszeni kapłani i kanonicy kościoła Krakowskiego, niedbając na okrucieństwo królewskie, zaczęli zbierać owe rozproszone członki do pogrzebu. Ale tu nowy cud raczył Bóg okazać: bo wszystkie członki rozsiekane, tak się zpajały, że ciało zupełnie się zrosło, jak za życia było. Pogrzebli tedy je w tym kościele na Skałce. A gdy tam wielkiemi cudami Bóg sługę Swego wstawić raczył, przeniosł to święte ciało Biskup Lambert, którego Papież na miejsce Ś. Stanisława przysłał, w roku 1088, do Krakowa na zamek, i wśród kościoła Ś. Wacława w ozdobnym grobie umieścił.

Niepodobna wyliczyć wszystkich łask Bożych, objawionych przy grobie, lub za przyczyną tego świętego. Przytoczymy niektóre z nich, o których cały kraj mógł świadczyć, gdyż były wszystkim jawne i glośne. 1-sze. Withler szlachcic i dziedzic z Połukarcic, syn Wacława, zachorowawszy w dzień świętego Marcina, umarł; nim się przyjaciele, jako u nas jest obyczaj, na pogrzeb zjechali, matka jego, Stanisława, sama też chora będąc, powzięła tę nadzieję w Bogu, że za przyczyną świętego Stanisława i św. Marcina, którego dzień był, syn jej do życia powrócony zostanie; i obiecując go do grobu świętego Stanisława, miała widzenie we śnie, że ją Bóg raczy wysłuchać. Powiedziała o tem przyjaciołom, którzy się na pogrzeb zjechali; czekali tej obietnicy przez noc, a nad świtaniem, z wielkiem podziwieniem, ujrzeli go żywego i zdrowego, i sama matka, chora będąc ozdrowiała.

2. Piotr Węgrzyn, jadąc z Węgier do wsi Misławczyc, wstąpił w dom niejakiego Wojaszyna. Tam mu syn, Polech nazwany, zachorowawszy, ósmego dnia, w poniedziałek przed kwietną niedzielą, umarł. Ztrapionemu okrutnie ojcu radził gospodarz Wojaszyn, aby go do świętego Stanisława obiecał a miał nadzieję, iż, przez przyczynę jego wielką u Pana Boga, ożyje. Tak uczynił z mocną wiarą i odebrał syna żywego i zdrowego.

3. Dzieciątko także w Gdańsku, które z mostu do rzeki zpadło i utonęło, a nierychło znalezione było, gdy rodzice o przyczynę świętego Stanisława do Pana Boga prosili, ożyło.

4. We Wrocławiu kapłan jeden ślepy, gdy na swoją nędzę i ubustwo w gorzkości narzekał, ukazał mu się we śnie mąż poważny i mówił: Żal mi cię sługo Boży. Posłuchaj rady mej: obiecaj się do grobu Ś. Stanisława, a tymczasem poszlij tam jałmużnę na ofiarę. On rzekł, iż pieniędzy w ubóstwie swojem nie ma; lecz mu odpowiedziano: Szukaj tylko a znajdziesz. Obudziwszy się, pytał towarzysza swego Mateusza: czy jest jaki święty Stanisław? Gdy mu powiedział o nim, kapłan westchnąwszy rzekł: Poślę jałmużnę do grobu jego, jako mi kazano; i wpuściwszy rękę do kieszeni, znalazł dwa złote, których wówczas nie miał, a zdziwiony, chcąc je, przez zapomnienie iż był ślepy, oglądać, przejrzał jaśnie i krzyknął: Błogosławiony Bóg w świętym Stanisławie, który mi wzrok modlitwą swoją przywrócił! I nic się nie bawiąc, do grobu jego pobiegł.

5. Rynald Krzyżanowicz, Chorąży Krakowski, w dzień świętego Michała, zaniechawszy kościoła, który miał we wsi swej, w pole z chartami wyjechał i wnet karę Bożą uczuł. Głowa go boleć srodze i oczy tamże na polu poczęły, a skoro wrócił do domu, z wielkiej boleści oko mu prawe wypadło i na twarzy wisiało, a lewe pękło i wyciekło. Kazał się wieźć do grobu Ś. Stanisława i tam się modląc, a o przyczynę jego do Boga wołając, ze zdrowemi oczyma do domu wrócił się.

6. Xiąże Opolski, Władysław, jadąc do Krakowa, na rozmowę z xięciem krakowskim Bolesławem, w drodze ciężko zachorował i wrócić się do domu chciał; ale we śnie usłyszał głos, iż w Krakowie u grobu Ś. Stanisława będzie uleczony. Kazał się tam nieść, i, skoro grobu dotknął, uzdrowiony wstał.

Innych cudów głośnych świętego Stanisława Jan Długosz wylicza 53, dodając, żę liczby ich nieźliczonej zpisać niepodobna. Potwierdził je Sam Pan Bóg dla całego Chrześcijaństwa nowemi cudami, podczas jego kanonizacii, które tu wypiszemy. Gdy w całej Polsce i w sąsiednich krajach, wszyscy, wiarę głęboką mający, w potrzebach swoich, o wstawienie się jego do Boga błagając, liczne dobrodziejstwa u grobu odbierali, xiążę Polski, Bolesław Wstydliwy, wysłał posłów do Rzymu, prosząc Papieża Innocentego IV, aby powagą kościelną ten święty Biskup i męczeńnik Boży między świętymi policzony i całemu światu ogłoszony był. Długo się examen i wywody wlokły: posłowie Papiezcy sami w Polsce o żywocie, męczeństwie i cudach tego świętego wiadomość powzięli, i już o uznanie go przez kościół nie trudna i nie wątpliwa rzecz się zdała; gdy jeden Kardynał, Reginald, Biskup Ostyi, na którego radzie Papież polegał, nieco upornie kanonizacii się zprzeciwił, i nowego a świeżego cudu pragnął. Jakoż sam na sobie go doświadczył. Bo zapadłszy w ciężką niemoc, już był konającym, kiedy mu się ukazał jakiś mąż wspaniały, w wielkiej światłości, i drżącego ze strachu zapytał: Czy znasz mię Reginaldzie? Nie znam, panie mój, odpowie z bojaźnią. A on: Jam jest Biskup Krakowski, Stanisław, od Bolesława króla zamordowany. Pragnąłeś cudu nowego i godzieneś był ukarania; ale cię Pan Bóg na moją prośbę wnet uzdrowi. Wstań a czyń pomoc prawdzie. Znknął święty, a kardynał wstawszy biegł do Papieża, który mniemał, że on już zkonał. Opowiedział Kardynał co się z nim stało, i kanonizacija natychmiast była uchwalona.
Odbyła się ona z wielką uroczystością w Assyżu, w kościele Ś. Franciszka, we 175 lat po śmierci świętego Stanisława; i podczas tego obrzędu, Bóg jeszcze nowym publicznym cudem ją potwierdzić raczył. Kiedy Papież przy kanonizacii mszę świętą sam odprawiał, przyniesiono do tegoż kościoła niejakiego młodzieńca umarłego, którego rodzice z wielkim płaczem i lamentem wołali do świętego, którego kanonizowano, błagając, aby uprosił im u Pana Boga powrót do życia ich synowi. Papież, usłyszawszy to wołanie, sam też odważył się taką modlitwę do Boga zanieść: Potwierdź Panie, to com słyszał o męczeńniku Twoim Stanisławie, Biskupie Krakowskim; przez zasługi i przyczynę jego, wzbudź tego umarłego młodzieńca: boś Ty jest dziwny w świętych Twoich Jezu Chryste Boże nasz … Nim tę modlitwę zakończył, młodzieniec ów w oczach całego licznego zgromadzenia z mar powstał. O jaka wielka radość ogarnęła wszystkich! Jaka wdzięczność i miłość i wiara ku Bogu Wszechmogącemu i ku jego świętemu! – Przetoż i we Włoszech ten święty głośnym został, a historyja jego śmierci i cudów odmalowana została na ścianach kościoła świętgo Piotra w Rzymie, na cześć i chwałę Panu, w Trójcy Świętej Jedynemu, Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu, który w świętych Swoich słynie, na wieki wieków. Amen.

Uwaga. Król Bolesław Śmiały po zamordowaniu św. Stanisława, wyklęty od Papieża Grzegorza VII, gdy we wspólnikach nawet zbrodni i rospust swoich wstręt ku sobie postrzegł, a w całym narodzie oburzenie widział, lękając się o życie, opuścił tron i uciekł do Węgier. Gdzie tułając się długo po różnych miejscach, w nędzy i upodleniu, nakoniec na pokutę się udał, i w klasztorze Willaskim, zataiwszy swe imię i stan, pokutował, najlichsze posługi zpełniając i błagając Boga o przebaczenie. Jakoż, uwiadomiony o niem, jak powiadają, przez samego Ś. Stanisława, w dobrej nadziei miłosierdzia Bożego, żywot ten zakończył. Po dziś dzień tam grób jego i napis na kamieniu ukazują.”